Data publikacji:

Autor:

Co jest obowiązującym źródłem zasad poprawnościowych – RJP, słowniki, a może poradnie językowe?

Ostatnio w komentarzu przy tekście na temat odmiany słowa SMS Andrzej napisał tak:

Interesuje mnie kwestia, jakie gremium u nas w kraju jest ostateczną wyrocznią i czy takowe w ogóle istnieje w sprawach „ta forma jest poprawna, a taka nie”. Wypowiada się wielu językoznawców, każdy z nich ma z pewnością olbrzymią wiedzę, ale czy każdy z nich ma takie same opinie np. na temat smsa? I jak ma sobie radzić „Polak mały”, jeśli w jednym słowniku widzi jedną regułę, a w drugim inną?

A wczoraj w radiowej „trójce” redaktor zwrócił jednej pani słuchaczce uwagę, że właściwa jest forma smsu, a nie smsa (ta jest tylko potoczna). Pani twierdziła, że mówić się powinno: smsa. Powyżej p. Mackiewicz twierdzi, że obie formy są właściwe (a nie: tylko jedna z nich, a druga potoczna). Pytanie: na kim powinniśmy się opierać; na indywidualnych opiniach językoznawców czy na ostatecznym źródle językowym (jeśli takowe istnieje, patrz: początek mojego komentarza)?

Pomyślałem, że zamiast odpowiadać w komentarzu, poświęcę w oddzielnym tekście nieco więcej uwagi tej dość problematycznej kwestii.

Sam często słyszę zarzuty, że ten mówi tak, ten siak, a ten jeszcze inaczej. Że w tym słowniku piszą tak, a w tym zupełnie odwrotnie. Kogo więc słuchać? Czy rację ma prof. Miodek, prof. Bańko z poradni PWN-owskiej, dr Kłosińska z „Trójki”, a może taki Mackiewicz z eKorekty24?

Odpowiedź na to pytanie można by zawrzeć w jednym zdaniu: nie ma i nie może być żadnego gremium językowego, które wyrokowałoby na temat poprawności językowej. Owszem, jest Rada Języka Polskiego, są słowniki PWN-owskie i poradnie uniwersyteckie, ale żadna z tych instytucji, nawet RJP, nie może uzurpować sobie prawa do stanowienia o tym, jak powinno pisać i mówić 45 milionów Polaków…

Czemu tak jest? Postaram się bliżej to wyjaśnić.


Istota problemu

Problem braku jednego gremium językowego, które byłoby ostateczną wyrocznią w sprawach poprawnościowych, nie bierze się znikąd. Przyczyn jest kilka:

  1. Zmienność języka.
  2. Uznaniowość normy językowej.
  3. Brak sankcji za nieprzestrzeganie zasad poprawnościowych.

Omówmy je po kolei.


1. Zmienność języka.

Z językiem jest trochę jak z przewidywaniem przyszłości. Jedni mówią, że niedługo zabraknie nam ropy, drudzy – że ropa ciągle się odnawia. Argumenty obu stron są całkiem do rzeczy, a mimo to nikomu nie sposób przyznać 100% racji. Czy da ktoś sobie rękę obciąć, że przyszłość potoczy się według konkretnego scenariusza? Ja nie dałbym nawet palca za to, że prędzej czy później łikend nie wyprze weekendu

Język – o czym pisałem wielokrotnie – to żywy organizm, który czasami nijak ma się do konwencji i zapisów słownikowych. Języka nie da się wcisnąć w ciasny gorset nakazów i zakazów (pisałem o tym w tekście o rzekomej degradacji polszczyzny). To my chcielibyśmy mieć jasne i klarowne reguły, jak mówić, by mówić poprawnie, ale język nie daje się tak prosto opisać. W szczególności trzeba pamiętać, że język nie jest czarno-biały, ale mieni się różnymi odcieniami szarości, co tym bardziej utrudnia wtłoczenie go w sztywne ramy reguł poprawnościowych.

 

Słowniki a rzeczywistość językowa

Najlepszym dowodem na to, że zmienność języka stanowi nie lada problem dla leksykografów, jest fakt, że słowniki zawsze są w tyle za rzeczywistością językową, i to zazwyczaj o dobre kilka lat! Słowniki jedynie opisują (a nie przewidują czy narzucają nam) to, jak mówimy lub jak powinniśmy mówić. Zabrzmi to jak paradoks, ale każdy nowo wydany słownik to w gruncie rzeczy publikacja archiwalna. Słownik z 2011 roku nie opisuje wcale tego, jak mówimy czy powinniśmy mówić w 2011 roku. To opis rzeczywistości językowej z pewnego przedziału czasu, mniej więcej z lat 2000–2010. Bezpieczniej byłoby nawet powiedzieć, że sięga on maksymalnie 2009, 2010 roku…

Czemu tak się dzieje? Zmiany w języku są w gruncie rzeczy podobne do nowinek technologicznych. Nikt nigdy nie wie, czy dany produkt się przyjmie. Możemy tylko mniemać, że kolejny iPod okaże się sukcesem rynkowym, a nowy Windows – spektakularną klapą. Jak jednak będzie w rzeczywistości – czas pokaże.

Podobnie jest z językiem: zanim w społeczeństwie na stałe przyjmie się nowe zapożyczenie, nowa odmiana słowa, a nawet nowy frazeologizm czy konstrukcja składniowa – musimy poczekać dobrych kilka lat. Dopiero wówczas, gdy wiadomo, że nie mamy do czynienia z kolejną efemerydą, jakich wiele w języku, warto bliżej się przyjrzeć nowemu zjawisku językowemu i odnotować je w słowniku. Gdyby na bieżąco śledzić język, można by wydawać słowniki co rok, co miesiąc, a nawet co dzień. Pytanie tylko po co, skoro biorąc za rok taki słownik, na usta cisnęłyby się słowa: „Ale kto tak w ogóle dziś mówi?”.

Ta swoista „nieaktualność” słowników nie wynika więc – jak można by mniemać – z opieszałości językoznawców. To nic innego jak przejaw zdroworozsądkowego podejścia do języka.

 

Wpadka z „komórkowcem”

O tym, że pośpiech w uaktualnianiu słowników nie popłaca, najlepiej świadczy historia słowa „komórkowiec”, będącego skrótem od „telefonu komórkowego”. Twórcy słownika (niestety nie pamiętam jakiego), przekonani o niechybnej karierze tego słowa, postanowili je odnotować w kolejnym wydaniu słownika. Niebawem Polacy upodobali sobie jednak krótszą wersję tego słowa: „komórkę”. Efekt? Z kolejnego wydania słownika „komórkowca” można było usunąć, bo najzwyczajniej w świecie… nikt tak już nie mówił.

 

Wnioski

Powyższe rozważania prowadzą do jednego wniosku: w żadnym źródle poprawnościowym nie doczekamy się rozstrzygnięć problemów językowych, z którymi borykamy się w danej chwili. Nawet sięgając do aktualnego słownika, w którym odnotowano interesujący nas wyraz czy daną odmianę słowa, musimy liczyć się z tym, że jest to opinia językoznawców oparta na rzeczywistości językowej sprzed kilku lat, gdy uzus – czyli to, jak mówimy – mógł kształtować się zupełnie inaczej.

Jeżeli więc nie słowniki, to może doraźne, udzielane na bieżąco porady językowe lub opinie RJP uznać za ostateczną wyrocznię? Ale tu napotykamy kolejną barierę…


2. Uznaniowość normy językowej.

To następny problem, który uniemożliwia powołanie jednego decyzyjnego gremium językowego. Co rozumiem przez pojęcie „uznaniowość normy językowej”?

Błąd językowy to nic innego jak nieprzestrzeganie normy językowej – ani oficjalnej, ani potocznej. Norma językowa jest zaś pewną konwencją. To, że możemy pisać nie tylko Internet, lecz także internet, wynika z normy językowej, ustalonej właśnie przez pewne gremium językowe, które podjęło taką, a nie inną decyzję. W znacznej mierze decyzja ta opierała się na uzusie, czyli na tym, jak Polacy pisali (czy mówili), zanim słowo to po raz pierwszy pojawiło się w słownikach. Niemniej ostateczna decyzja podjęta została nie przez społeczeństwo, ale właśnie przez garstkę wybrańców, których przywykliśmy traktować jako wyrocznię językową.

Powyższe oznacza tyle, że norma językowa tworzona jest… sztucznie. To tylko pewna konwencja, nic więcej. Mówiąc dosadnie, norma językowa jest uznaniowa, bliższa językowej dyktaturze niż demokracji.

Owszem, w 99% przypadkach decyzje podjęte „na górze” pokrywają się z tym, jak mówimy czy piszemy. Są jednak sytuacje, gdy normatywiści byli (lub są) nieczuli i głusi na zwyczaje językowe Polaków. Obecnie nadal nieaprobowane są, choćby przez WSPP, tak powszechne konstrukcje, jak będę potrafił, póki co czy odnośnie czegoś. Kiedy indziej zalecenia normatywistów są sprzeczne, co prowadzi do tego, że Janek Kowalski nie wie, kogo ma słuchać, bo jedni mówią tak, drudzy inaczej, a ponad nimi nie ma już nikogo, kto by rozstrzygnął ten spór…

Wszystko to sprawia, że norma językowa jest tworem nie tylko uznaniowym, lecz także idealistycznym, mającym postać dość płynną. Mówi się, że normę językową opisują słowniki, zwłaszcza te PWN-owskie. Czemu więc na rynku jest tyle różnych publikacji, a zawarte w nich rozstrzygnięcia są… odmienne od siebie? Tak oto wracamy do punktu wyjścia: ponieważ język nie jest czarno-biały i nigdy nie będzie możliwe sporządzenie jednorodnej normy językowej, którą wszyscy zaakceptują zgodnym chórem.

 

Wnioski

O poprawności, czyli normie językowej, decyduje niewielkie grono normatywistów. Ich rozstrzygnięcia są jednak (i muszą być) stale otwarte na publiczną krytykę. Język nie jest niczyją własnością, dlatego też o tym, co jest poprawne, a co nie, nie może autorytatywnie decydować garstka, choćby najmądrzejszych, osób. Owszem, godzimy się na to, by to wybrani językoznawcy tworzyli zasady poprawnościowe i rozstrzygali spory językowe, ale też nie stosujemy się bezkrytycznie do wszelkich ich ustaleń.

W gruncie rzeczy kierunek formowania się normy językowej nie jest odgórny, lecz oddolny. To uzus, czyli my i nasz sposób posługiwania się językiem w mowie i piśmie, w największej mierze wpływa na decyzje podejmowane na górze. Jeżeli jednak ustalenia podjęte na górze nie odpowiadają nam, nikt nie może nas zmusić do ich przestrzegania.

Norma językowa jest tylko konwencją. A konwencje są po to, by je przełamywać!


3. Brak sankcji za nieprzestrzeganie zasad poprawnościowych.

Oto i punkt trzeci, bodaj najistotniejszy w tej dyskusji.

Musimy pamiętać, że choć powołano do życia Radę Języka Polskiego, a rozmaici znawcy językowi mówią nam, jak pisać i mówić, to w istocie żadne, ale to żadne z ich zaleceń nie ma dla nas charakteru wiążącego.

Język to nie prawo, którego należy przestrzegać pod groźbą dotkliwych sankcji. Słowniki to nie kodeksy prawne, a uchwały RJP – to nie ustawy, za których nieprzestrzeganie grożą grzywny czy nawet więzienie. Jedyną konsekwencją naginania ortografii czy nieliczenia się z interpunkcją może być społeczna krytyka, zjadliwe komentarze, lub odwrotnie – pochwała za nonkonformizm i bezkompromisowość…

Co to ma do rzeczy i jak ma się do dyskusji o braku jednego decyzyjnego gremium językowego? Mianowicie tak, że władza w rękach ludzi, którzy nie mają możliwości egzekwowania swych praw, to w gruncie rzeczy… żadna władza. Przekładając to na rzeczywistość językową: nikt nie będzie ślepo respektował zasad, mając świadomość, że za ich nieprzestrzeganie i tak nic nie grozi.

 

Wnioski

Mimo istnienia pewnych nadrzędnych instytucji, takich jak RJP, nikt nie ma prawa egzekwować od nas tego, jak mamy mówić. Dlatego też należy liczyć się z tym, że nie wszyscy będą przestrzegać ustalonych odgórnie zasad. Owszem, nie ma powodu, by kwestionować 99% rozstrzygnięć językowych, ale gdy dochodzi do spornych kwestii, jak choćby to, czy poprawna jest forma SMS-a czy SMS-u, nie musimy kierować się niczyimi wskazówkami, ale mówić tak, jak nam wygodniej.

 

Podsumowanie

Moim zdaniem nie istnieje i nie może istnieć żadne decyzyjne gremium językowe, wyrocznia językowa czy jakkolwiek inaczej to nazwać. Powyżej przytoczyłem trzy argumenty za tą tezą, a z pewnością znalazłyby się kolejne.

Język jest naszym wspólnym dobrem i to my go tworzymy. Wbrew powszechnemu mniemaniu to my, użytkownicy języka, mamy największy wpływ na rozwój języka i kształtowanie się normy poprawnościowej. Językoznawcy jedynie odzwierciedlają w słownikach rzeczywistość językową, w żadnym wypadku nie narzucają jej nam. Tylko w nielicznych sytuacjach rozstrzygnięcia normatywistów bywają kontrowersyjne, ale nikt przecież nie każe nam ich przestrzegać (i nie karze za ich nieprzestrzeganie), a jawny opór, o ile jest uzasadniony, to pierwszy krok do zmiany.

Zdaję sobie sprawę, że powyższy tekst jest niemal jak strzał w kolano, bo przecież na eKorekcie24 piszę właśnie o tym, jak powinno się mówić i pisać. Mimo to pamiętajmy, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak Polacy będą mówić za miesiąc, za rok czy za dziesięć lat. Język w gruncie rzeczy możemy opisywać jedynie z perspektywy czasu. Wobec przyszłości pozostaje nam snuć przypuszczenia, jak potoczą się jego losy. Ale jest jeszcze teraźniejszość i to ona pozwala nam kształtować język. Dlatego zamiast usilnie szukać pomocy u autorytetów, warto czasem zdać się na własną intuicję i samemu podjąć decyzję.

To chyba najlepszy sposób na brak zgodnych opinii językowych w problematycznych sytuacjach. Niech słowniki służą nam w kwestiach niebudzących wątpliwości. A tam, gdzie toczy się spór – jest pole do popisu dla nas i naszej intuicji językowej :)

Aż 46 stron – ZA DARMO!
Potwierdzam chęć otrzymania darmowego fragmentu i zapisania się na newsletter.
Znasz „497 błędów”?

Jeśli fascynujesz się poprawnością językową,
ta książka skradnie Twoje serce! ❤

Więcej o książce: 497bledow.pl
Gwarantujemy, że Twoja dane są bezpieczne!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o