Obce nazwy geograficzne – odmieniać czy nie odmieniać?

Krk, Saruu, Safaszahr… Tym (i wielu, wielu innym) nazwom własnym, o które czytelnicy i klienci często pytają nas w mailach i na Facebooku, trudno odmówić pewnego brzmieniowego uroku. Jeszcze trudniej niestety zdecydować, czy obcą nazwę powinno się odmieniać – a jeśli tak, to w jaki sposób. Jakiś czas temu opracowaliśmy krótką instrukcję odmiany nazw polskich miejscowości, teraz przyszedł czas na kolejny poziom wtajemniczenia: nazwy miast, wsi czy wysp zagranicznych.

Zasady ze słowników wystarczą…

…tylko w niektórych przypadkach. Warto jednak znać podstawowe reguły, pomocne w rozwiązywaniu łatwiejszych problemów. Najogólniejsza z ogólnych zasad brzmi tak: jeśli obca nazwa geograficzna przypomina polską nazwę własną lub wyraz pospolity, należy zastosować analogiczną odmianę. Casablanka będzie się zatem odmieniać jak firanka, Dublin – jak Lublin, a Halikarnas – jak taras. Szukamy więc fonetycznego podobieństwa i stosujemy znany nam wzór odmiany.
I już w tym miejscu zaczynają się schody. Przykładowo: dla nazwy Orinoko bez trudu dałoby się zastosować ten sam wzorzec co w przypadku rzeczownika oko, nie mówimy jednak i nie piszemy w *Orinoku, z *Orinokiem. „A właściwie dlaczego?” – słusznie zapyta ktoś, kto lubi jasne reguły. Otóż dlatego, że zgodnie z zasadą [263] z Wielkiego słownika ortograficznego „większość nazw zakończonych na -o zwyczajowo nie jest odmieniana”.

„Zwyczajowo” – to słowo zdradza główną przyczynę trudności związanych z odmianą obcych nazw geograficznych. Bardzo często dałoby się coś odmienić, ale z jakichś względów od dawien dawna się tego nie robi… Zwyczaj językowy bierze górę nad logicznym uporządkowaniem, więc piszący jest zdany na własną intuicję, swoje doświadczenia czytelnicze i korpusy tekstów. Zwyczajowe nieodmienianie dotyczy między innymi nazw Bonn czy Essen.

Na szczęście czasami jest łatwiej:

  • Powinno się odmieniać słowiańskie nazwy geograficzne (Hradec, w Hradcu; Brno, w Brnie; Mikułasz, w Mikułaszu) i nazwy zakończone na -a.
  • Nieodmienne są nazwy, w których akcent pada na ostatnią sylabę (na przykład liczne nazwy francuskie): Saint-Tropez, Verdun.
  • Nie odmieniamy nazw rodzaju nijakiego zakończonych na -um (Akcjum, Lacjum, Bizancjum – analogicznie do słów liceum, muzeum).
  • Odmieniamy natomiast nazwy rodzaju męskiego z końcówką -um (Chartum).

Owszem, wygląda to klarownie, ale czy zawsze wiemy, jak akcentować daną nazwę, albo potrafimy w okamgnieniu przyporządkować nowo poznaną nazwę geograficzną do odpowiedniego rodzaju gramatycznego? Niekoniecznie, więc częstokroć trzeba sporo się naszukać i nakonsultować (na przykład z zaprzyjaźnionym tłumaczem czy zagranicznym znajomym), zanim się to ustali.

 

(Potencjalnie) pomocne źródła

Dobra wiadomość jest taka, że czasami ma się do dyspozycji gotowiec – wzór odmiany zaproponowany w słowniku. Jakim słowniku? Polecamy Wielki słownik ortograficzny oraz Słownik nazw geograficznych z odmianą i wyrazami pochodnymi prof. Grzeni. W Wielkim słowniku poprawnej polszczyzny również można znaleźć sporo najpopularniejszych nazw geograficznych (polskich i obcych).

Ale nie ma co się łudzić: słowniki odnotowują jedynie najczęściej używane nazwy. Nawet 4000 haseł w publikacji Jana Grzeni to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Tak więc autor przewodnika po północnej Katalonii, student przygotowujący się do wygłoszenia szczegółowego referatu o bitwie na Łuku Kurskim czy redaktor czasopisma o tematyce podróżniczej nie znajdą w słownikach wszystkiego, czego by oczekiwali. Istnieją jednak rozwiązania, które (choć nie zawsze przyjmowane z entuzjazmem i nie zawsze doskonałe stylistycznie) pozwalają uniknąć długich poszukiwań i ryzyka popełnienia błędu.

 

Ominięcie problemu – lenistwo czy zdrowy rozsądek?

Najpierw dygresja: w pracy redaktora, korektora lub tłumacza trzeba pogodzić trzy (niekiedy sprzeczne) interesy. Tekst musi bowiem: 1. zachować styl autora, 2. być zrozumiały dla planowanej grupy odbiorców, czasami dość szerokiej, 3. cechować się poprawnością językową. Wydawałoby się, że tekst poprawny zawsze będzie zrozumiały. Właśnie: wydawałoby się, bo to nie jest reguła. Gdyby korektor w każdej sytuacji, bezrefleksyjnie i z automatu zadowalał się zgodnością tekstu z normą językową, czytelnicy mogliby mieć nie lada problem. Oto przykłady związane z nazwami własnymi:

  • Powiedzmy, że w publikacji popularnonaukowej adresowanej do licealistów pojawia się taka ciekawostka: Polscy artyści, wśród nich Wojciech Młynarski i Jacek Kaczmarski, interesowali się artystami francuskimi, między innymi Jakiem Brelem. Wszystko cacy, narzędnik od imienia Jacques brzmi przecież Jakiem. Tyle że całkiem sporo młodych odbiorców uzna zapewne, że legendarny francuski bard miał na imię Jak… Formy przypadków zależnych bywają bowiem na tyle nietypowe (Keith o Keicie/Keisie, Braque z Brakiem, Pierreo Pierze), że odtworzenie mianownika staje się wyzwaniem. Człowiek zaznajomiony z konkretną tematyką oczywiście sobie poradzi, ale co z osobami, które daną nazwę własną widzą po raz pierwszy właśnie w takiej dziwnej formie?
  • W tej samej książce mogłaby się pojawić Nawarra, kraina historyczna leżąca na pograniczu Francji i Hiszpanii. Czy jednak nastolatek, który przeczyta o klimacie panującym w Nawarze, w mig załapie, o jaką nazwę chodzi?

Przejdźmy do sedna: tekst ma być nie tylko poprawny. Ma być także (przede wszystkim?) funkcjonalny, zrozumiały, dopasowany do kontekstu komunikacyjnego – czyli do rodzaju publikacji i grupy docelowej. Czasami warto, by autor, korektor czy tłumacz oparli się pokusie zabłyśnięcia znajomością wzorcowej odmiany.

Jak zatem radzić sobie z mało popularnymi, egzotycznymi dla polskiego czytelnika obcymi nazwami geograficznymi, aby pogodzić poprawność z przystępnością?

  • Rozwiązanie pierwsze: najpierw mianownik. Jeśli wzorzec odmiany jest łatwy do ustalenia (wspomnianą wyżej Nawarrę można znaleźć w słownikach), ale formy przypadków zależnych brzmią cokolwiek dziwnie, warto zadbać o to, by w jednym z wcześniejszych zdań pojawiła się mianownikowa postać nazwy. Dwie pieczenie przy jednym ogniu: czytelnik poznaje formę podstawową, a przy okazji opanowuje odmianę.
  • Rozwiązanie drugie: wezwać na pomoc rzeczownik pospolity. Kiedy po trzech kwadransach szperania w internecie i słownikach nadal nie jesteśmy pewni, jak powinniśmy odmienić nazwę geograficzną, możemy – no cóż – obejść problem. Czyli na przykład napisać o rzece Chałchin-Goł, wyspie Krk, mieście Obojań. Znów dwie korzyści: jest bez wątpienia poprawnie (co potwierdza porada prof. Bańki na temat nazwiska Oko), a jednocześnie mniej wtajemniczony czytelnik dowiaduje się, o czym mowa – o mieście, regionie czy półwyspie.

Rzecz jasna, można mieć do powyższych rozwiązań zastrzeżenia. Wprowadzenie mianownika wymaga czasami przeredagowania gotowego fragmentu (a czas leci…), z kolei dodawanie słówek pomocniczych może się wydawać nieprofesjonalne („Co za leniwy człowiek, nawet mu się nie chce pomyśleć nad odmianą!”) i grozić powtórzeniami wyrazów typu miasto, rzeka, wyspa (wystarczy jednak zachować umiar i nie nadużywać tego sposobu). I jeszcze jedno: proponowane „uniki”, zwłaszcza ten drugi, zdecydowanie nie sprawdzą się w literaturze pięknej – mogą negatywnie wpłynąć na rytm prozy i pozbawić ją dynamiki.

***

Na koniec – ogólna obserwacja. Lektura słowników, korpusów, podręczników do kultury języka i odpowiedzi z poradni językowych wskazuje na to, że w przypadku nazw geograficznych zalecenie odmiany pojawia się znacznie rzadziej niż w kontekście nazwisk. Lecimy więc z panem Angelesem do Los Angeles lub zamieszkujemy z panem Kosem na Kos – a podczas tworzenia lub poprawiania tekstów bacznie przyglądamy się każdej (zwłaszcza nietypowej) obcej nazwie. I pamiętamy o ważnej właściwości naszej fleksji: im mniej nazwa geograficzna jest zakorzeniona w polszczyźnie, tym większe prawdopodobieństwo, że nie należy jej odmieniać.