-
Otrzymałem wczoraj maila tej treści (pisownia oryginalna):
„Jestem studentka studiów magisterskich z zakresu filologia polska.
Bez problemu napisze prace lic., zal., maturalną czy semestralna z dziedzin humanistycznych. ( robię to od ponad 2 lat)
Dodatkowo oferuj a również korekty stylistyczne, gramatyczne czy ortograficzne.
Poprawiam rownież plagiaty, w zaledwie 2 dnia sprowadze prace do progu minimalnego:)
Co do ceny nie jest ona duża, bo sama rozumiem iż i Pan io ja musz ę zarobić.
Jeśli byłby Pan zainteresowany moją propozycja współpracy, gwarantuję solidność, brak plagiatu, rzetelność, dobry kontakt oraz terminowość”.Jaki trzeba mieć tupet, żeby zwracać się z taką propozycją! Prawie tak, jak powiedzieć: „Słuchaj, zróbmy dziecko, oddamy je, będą mówili, że to ich, a w zamian nam zapłacą”. No dobra, porównanie może zbyt drastyczne, ale mechanizm działania dokładnie taki sam.
Wiem jedno: polski system edukacji jest chory. Wspominałem o tym niedawno w tekście o korekcie prac magisterskich. Wymaganie od studenta, by pocił się i noce zarywał, byle tylko na czas napisał opasłą, nikomu niepotrzebną pracę dyplomową, jest kuriozalne. W jaki sposób praca licencjacka, magisterska czy dyplomowa ma być dowodem przygotowania zawodowego? Nie wiem.
Dedykacja w pracy magisterskiej?
Przypomniała mi się pewna sytuacja z czasów mojego seminarium magisterskiego. Koleżanka tak była dumna ze swojej pracy, że chciała ją komuś zadedykować. Trudno się jej dziwić – praca magisterska to dla wielu osób pierwsze i ostatnie dzieło takiej objętości, które napiszą w życiu. Niestety promotorka odradziła jej ten pomysł. Argumentacja, choć trudno odmówić jej słuszności, brzmiała miażdżąco: praca magisterska ma tylko dwóch odbiorców: promotora i recenzenta, i dedykowanie dzieła, które prawdopodobnie nie trafi w ręce osoby, której jest ono dedykowane, mija się z celem (podobnie wyjaśnia to językoznawczyni z poradni PWN-owskiej).
Praca magisterska to praca, która ma dwóch odbiorców! Czy to nie śmieszne? Na co więc całe to skrupulatne przeprowadzanie badań, rewolucyjne hipotezy i gruntowne analizy naukowe, skoro w założeniu praca i tak przeminie bez echa, bo przeczytają ją TYLKO 2 OSOBY?!
„Pisanie prac magisterskich” a reklamy Google
Rzuciła mi się ostatnio w oczy jedna z reklam wyświetlanych na eKorekcie (reklamy dopasowują się automatycznie do tematyki strony). Wyglądała tak:

Zastanawiam się, jak to możliwe, że Google akceptuje te reklamy. Każda z nich przed wyświetleniem przechodzi weryfikację ze strony Google, poza tym już w czasie dopasowywania słów kluczowych pojawia się informacja, że prawo zabrania takich usług…
Nie mnie oceniać legalność tych działań. Zastanawiam się jednak, jak potem można żyć ze świadomością, że kupiło się pracę, a uzyskany dyplom jest w świetle prawa… nieważny? Jak można robić taki biznes, mając świadomość, że działa się nawet nie na granicy prawa, ale zwyczajnie wbrew prawu? Jak można wyręczać kogoś w napisaniu pracy, wiedząc, że taka osoba w przyszłości może nas leczyć czy uczyć nasze dzieci?
Pisanie prac magisterskich – podsumowanie
Może trochę przesadzam. Może nie jest to nic wielkiego. Ale zwyczajnie wkurza mnie to, że mamy potem armię bezrobotnych studentów i fachowców za dychę, którzy mimo dyplomu niewiele umieją. Po ostatniej rekrutacji, gdy otrzymałem ponad 300 CV, przyjąłem… 5 osób. Gdyby wymogiem ukończenia studiów była porządna półroczna harówka u prywaciarza, która w praktyce dałaby solidne podstawy zawodowe, podejrzewam, że przyniosłoby to przyszłym absolwentom znacznie większe korzyści niż kilkumiesięczne zmaganie się z pracą, którą przeczytają 2 osoby… I zniknąłby problem kupowania prac.
A co Wy o tym wszystkim sądzicie?









Komentarze
P.S. Przykład z dzieckiem jest beznadziejny. W ogóle nie zgrywa się nawet ideowo z przedstawionym problemem.
Masz rację, że życie wszystko zweryfikuje, tylko wtedy nasuwa się pytanie, po co studia, skoro to nie one weryfikują, tylko życie? Tytuły naukowe są po to, by w jakimś tam stopniu ułatwiały nam życie - czego innego należy się spodziewać po pracowniku przy taśmie w fabryce, czego innego po profesorze z uczelni. Rzeczywistość może okazać się zupełnie inna i to jest właśnie absurd naszej edukacji.
Praca magisterska w żadnym stopniu nie weryfikuje zdolności studenta i jemu to nie przeszkadza w niczym, ale właśnie dla pracodawcy będzie to już problem. Koszty rekrutacji nigdy nie są małe. Wracając do przykładu z moją rekrutacją: kosztowała mnie ona niemało (i czasu, i pieniędzy) tylko przez to, że ufałem, iż tytuł magistra o czymś świadczy. A okazało się, że nie świadczy o niczym... Gdyby studia wyższe prezentowały normalny poziom, tytuł naukowy mógłby być już jakimś kryterium, a teraz nie jest to żadne kryterium - nie daje absolutnie żadnej pewności, jakie umiejętności prezentuje osoba z tytułem magistra.
Tylko o to mi chodzi. Życie wszystko weryfikuje, ale za tę dodatkową weryfikację najczęściej muszą płacić właśnie przedsiębiorcy, przynajmniej jeśli chodzi o zatrudnianie takich "magistrów".
Mam znajomego który wykłada angielski na UMK w Toruniu i jak twierdzi - gdyby mógł to by 90% studentów uziemił, niestety przepisy wewnętrze na to nie zezwalają....
Inżynier
Przypomina mi się wypowiedź kolegów JP2 , którzy podkreślali , że nasz wielki rodak nigdy nie dawał ściągać , ale zawsze chętnie pomagał w nauce i to jest zdrowe podejście .
Myślę , iż jest to odpowiedź na tego typu działania .
i " Pisanie prac magisterskich - podsumowanie"
Mimo że nie jestem dobrze zorientowanym w naukach humanistycznych , uważam że pisanie prac końcowych ma sens, wypaczone jest jednak znaczenie jakie się im przypisuje.
Czym są i czemu służą prace licencjackie, magisterskie, inżynierskie, i czemu powinny służyć ?
Nieporozumienie m jest traktowanie tych prac jako dzieł naukowych, prac pretendujących do roli dzieł odkrywczych, nowatorskich, oryginalnych. Owszem może się taka praca zdarzyć, jednak od większości nie możemy oczekiwać, że uzyskamy dzięki nim istotne odkrycia naukowe. Takie oczekiwanie odczytuję zarówno z wypowiedzi Pana Łukasza jak i i z samej kwalifikacji pracy magisterskiej jako pracy naukowej. Według mnie oczekiwania zbyt wygórowane. Prace te mają ukazać, udowodnić, że student dobrze opanował program studiów, umie posługiwać się wiedzą i narzędziami naukowymi jakich go uczono. I to by było na tyle. Jeżeli dzięki takiej pracy uda się uzyskać jakiś produkt uboczny w postaci przydatnych rezultatów, to chwała jej za to. Jeśli przyjmiemy takie założenie, to nie będzie śmiesznym fakt adresowania pracy tylko dla dwóch osób.
Dlaczego w naszym systemie, te tzw. prace naukowe nie chcą spełnić ich podstawowej weryfikujacej roli ? Pewnie znalazłoby się kilka przyczyn. Pierwsza leży w przyczynach podejmowania studiów: dla wiedzy, czy dla tytułu?, a ta wynika z drugiej: czy do pracy potrzebujemy uczelnianej wiedzy czy wiedzy "życiowej" plus statusu człowieka z wyższym wykształceniem? Tu prosi się zapytać czy uczelnie uczą przydatnych umiejętności, czy półprzydatnej wiedzy?. Inna sprawa to podejście promotorów, egzaminatorów
i studentów do tego co robią, tzw. poziom uczciwości zawodowej i uczciwosci w ogóle. Następna sprawa, to mała możliwość dostosowania programu studiów do indywidualnych potrzeb. Jeżeli ktoś zmuszony jest uczyć się rzeczy nieprzydatnych, traktuje je jak coś do zaliczenia jak najmniejszym kosztem.
Czy tzw życie weryfikuje dyplomy? Tak, ale nie wszystkie. Szybko i łatwo odbywa się to w naukach ścisłych i np. w medycynie, dużo trudniej w np. po studiach polonistycznych . Z moich obserwacji wynika, że polonista w szkole zarabia takie same pieniążki bez względu na to czy jest "zły" czy "dobry", jedynie sprawiedliwość dziejowa dopada go w dziedzinie prywatnych korepetycji.
Wydaje mi się, że pisemne prace końcowe zostały wprowadzone aby zapobiec brakowi obiektywności komisji przyznających tytuły - jak widać nie do końca się to sprawdza. Swoją drogą, czy lekarze dla uzyskania dyplomu piszą jakieś prace?
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.